Pączki

Pączki

czwartek, 7 sierpnia 2014

Siewcy zniszczenia

Persona non grata - nijak nie pamiętam jak się odmieniało w liczbie mnogiej - ale podejrzewam, iż mniej więcej tak w myślach określają nas już znajomi i rodzina ;) Krótko mówiąc od jakiegoś czasu nie jesteśmy już mile widziani w domach, mieszkaniach i w sumie w miejscach publicznych też nie bardzo. I nie - nikt nam jeszcze nie powiedział, że nie możemy go odwiedzać przez najbliższe 10 lat, ale jak na kumatych ludzi przystało - doszliśmy do tego faktu sami po uwzględnieniu wszystkich przesłanek. :)

Gdziekolwiek się pojawimy - siejemy zniszczenie. Zostają po nas zgliszcza i jęk właścicieli ( a może to dźwięk ulgi związany z naszym wyjściem??). Wystarczy w sumie zobaczyć stan naszego mieszkania (wyremontowanego w dużej części tuż przed erą Pączków). Ściany od wcierania w nie jedzenia nabrały struktury tzw. "baranka", listwy przypodłogowe zniknęły w 3/4 pokoju w tajemniczych okolicznościach (dzieło pewnych małych, sprytnych rączek) i nawet przyklejane elementy typu łącznik na progu nabrały nietypowego wykorzystania stając się np. mieczem w walce między braćmi. 


Siewcy z wieczora


Skombinowali zjeżdżalnię z krzesła


Zdarzyło nam się w ostatnich tygodniach kilkakrotnie skusić na wspólny - rodzinny wypad do restauracji, baru lub tego typu miejsc publicznych. Jakby nam jedna nieudana próba nie wystarczała - próbujemy wciąż i wciąż. A może tym razem uda nam się zjeść w spokoju? A może nie staniemy się widowiskiem dla wszystkich gości? Może tym razem wszystko potoczy się inaczej niż w 10 poprzednich przypadkach? 

Jeśli jednak ktoś z Was planuje w najbliższym czasie remont, a brak mu motywacji czy pewności co do zasadności - zawsze można nas zaprosić na kilka godzin. Oferujemy usługi typu:
  • zapewnienie konieczności szpachlowania ścian
  • wykonanie próbki malowania ścian (zwykle prezentujemy kontrastową kolorystykę do aktualnej)
  • testowanie wytrzymałości sprzętów AGD i zestawów kina domowego
  • próby wytrzymałości podłóg i kafli na uszkodzenia mechaniczne
a to wszystko jedynie za kawę, herbatę i/lub zimne napoje :)

czekamy na zlecenia tzn. zaproszenia. ;)

sobota, 26 lipca 2014

Korporacyjna mama i tata na pełen etat

Oj zamieszało się w naszym Szalonym Pączkowym Świecie ostatnio, przewróciło do góry nogami. Mama zrzuciła mamine garsonki i domowy dres, który na dwa miesiące przybrał tata (nie dosłownie oczywiście). Wszystkiemu winna nowa korporacyjna praca mamy, nieplanowana wcześniej zmiana o 180 stopni i jednocześnie skok na głęboką wodę, bo od razy na 8 godzin dziennie.Tym samym przed Pączkowym tatą stanęło nie lada wyzwanie i od 3 tygodni jest pełnoetatową opiekunką do dzieci. 

Szok ma 4 twarze:
- mama - "aaaaaaa nie mam się w co ubrać do pracy! aaaa nie wstanę o 6:30~!?!"
- tata - "dzieci jedzą co 3-4 godziny?! chusteczki i mleko trzeba kupować w sklepie?! parówki kilka razy dziennie to nie jest dobry posiłek?!"
- Fifi - "będziemy odwiedzać babcie i dziadków prawie codziennie?!? Super!"
- Olo - "gdzie jest mama?!!"

W efekcie pierwszego tygodnia mama była podekscytowana i niewyspana, tata zamęczony na śmierć i przerażony perspektywą kolejnych 7 tygodni, a chłopcy - zdrowi i tak samo szczęśliwi jak przedtem. Tęsknotę za mamą wyrażają siłą przyczepienia się do spódnicy po jej powrocie. Łatwo nie jest chyba nikomu, ale z każdym dniem przyzwyczajamy się powoli do nowej sytuacji. Tata zaczyna już nawet ogarniać porządek i obiady, wszyscy żyją i nikt nawet nie ma kataru. Jest progress (choć akurat w kwestii poziomu wyspania - regress).

Przygoda taty z macierzyństwem zbiegła się z buntem Filipka i powtórką z treningu zasypiania... sprzed ponad roku. Dziecko, które od 3 miesiąca życia zasypiało samo, w swoim łóżeczku, od powrotu z urlopu zdecydowało, że do zasypiania niezbędna jest widownia. Ktoś musi być w jego pokoju póki nie zaśnie - można czytać w ciszy książkę, sprzątać, czy robić cokolwiek, byleby nie wychodzić z pokoju. Każde wyjście za próg kończy się rykiem jakby ktoś obdzierał go ze skóry. Próby przetrzymania go, przeczekania płaczu, uspokajania co chwilę skończyły się fiaskiem i kończyły pobudką zniesmaczonego Olafa. Mama ma więcej zaparcia więc pewnie po kilku dniach dogadałaby się z Fifim i byłoby jak dawniej, lecz niestety tata w tym względzie jest mięczakiem (sory). Z tym, że teraz to on rządzi w domu, więc jego zasady obowiązują - Fifi zasypia, a tata wykorzystuje 20 minut na poczytanie swojej książki o Kliczce. Mama wykorzystuje czas zasypiania na posłuchanie audiobooka. 

Za 5 tygodni maluchy idą demolować żłobek, tata wraca do pracy a mama będzie już śmigać po korporacyjnym świecie jak kadrowa z 25-letnim doświadczeniem. Pewnie czekają nas kolejne zmiany i kolejne wyzwania, ale kto jak nie my ? ;)


wspominki plażowe i sesja z Olafkiem

środa, 16 lipca 2014

Don Juan

O Filipku będzie nieco i jego wciąż zaskakującym mnie czarze osobistym. Generalnie Pącze w jakiś tajemny sposób potrafią zjednać sobie serca nieznajomych, gdziekolwiek się pojawiają. Ludzie nie tylko uśmiechają się do nich na ulicy, ale też otaczają cioteczną, babciną opieką w pensjonatach, restauracjach, hotelu - pomimo, że często w okolicy jest sporo innych dzieci. Nie wiem czy to jedynie czar, czy może jednak takie początki przyszłego potencjału liderów? ;)

Mistrzem wszelkiego podrywu jest jednak Fifi. Olo tym samym wykazuje jedynie kilkusekundowe zainteresowanie przedstawicielami naszego gatunku w swoim wzroście. Bardziej interesują go wszelkie schody, instalacje, zabawki innych dzieci. Fifi namierza cel w postaci długowłosej 2-3 latki i uderza na podryw :) O dziwo gustuje raczej w długowłosych ( może podobnie do połowy dorosłych niedzieciatych nie umie rozróżnić krótkowłosych dziewczynek od chłopców?). Z reguły biega za dziewczynkami, zaczepia, zagląda im w oczy. Lub wręcz odwrotnie - daje się podrywać płci przeciwnej, udając pozorny brak zainteresowania. 

Co zabawne, to właśnie na Fifiego "laseczki" zwracają uwagę najpier, a dopiero potem na Olafa. Mamy na koncie nawet sytuację, kiedy to w trakcie spaceru, na środku chodnika podbiegła do nas dziewczynka na oko 3- letnia i z zaskoczenia pocałowała Don Juana w same usta, ku przerażeniu obu matek ( i zdziwieniu Fifiego :P )

Poniżej dowody :)

Braciaki wyrywają w piaskownicy :) 


Na celowniku sąsiadka z pietra wyżej i podryw na skate'a


Na wawelu Fifi też upodobał sobie różową dziewczynkę

Rośnie nam Don Juan :) Coś czuję, że będzie wesoło w przyszłości

sobota, 12 lipca 2014

Urlop z dziećmi, czyli rozrabiamy za granicą

Długo było u nas cicho i smętnie, a wszystko z powodu rodzinnego wyjazdu na Rodos i braku darmowego, lub chociaż taniego internetu.   Nie wiem kiedy uda się nadrobić blogowanie, bo po powrocie z urlopu wszystko się toczy jakoś dwa razy szybciej. 

Urlop zaplanowany już w lutym wypadł całkiem udanie, oceniając w skali od 1 do 10, możemy dać nawet 7 (wybredna jestem wiem). Ciężko tak naprawdę odpocząć z małymi dziećmi w trakcie wyjazdu za granicę. Choć oczywiście zależy jakie kto ma dzieci, ile ich ma i w jaki sposób lubi odpoczywać. Specjalistką w tej kwestii nie jestem, ale w moich kategoriach doskonałego odpoczynku urlopowego mieści się min. 1-2 wycieczki po odwiedzanym terenie, eksploring najbliższej okolicy (taki harcerski zwiad po mieście mam we krwi), wyspanie się chociaż do 10:00, min. 1 przeczytana książka na leżaku z połową ciała w słońcu (górna połowa słońca nie lubi) i dużo dobrego jedzenia, przygotowanego przez kogoś innego.  Z powyższego opisu udało mi się zrealizować ostatnie (choć jedzenie jakoś super przepyszne nie było) i po części kwestie książki ( wielkie dzięki za audiobook z Grą o Tron! Paul - niestety słuchany w pokoju w trakcie drzemek a nie na leżaku :( ). 

Nikt nie korzystał z bujaka na patelni więc babcia go nam "podarowała" na wyłączność :)

Chlapacze :) Nasz basen, nasze zasady!

Plaża przed hotelem




Pewnie mój małżonek (małży nie uświadczyliśmy :P) spytany o jego wrażenia urlopowe byłby dużo łaskawszy i zadowolony, ale tak jak już pisałam - ja jestem mega wybredna i zrzędliwa i niestety to na mnie skupiło się więcej dzieciatych obowiązków w trakcie urlopu (choć wielkie dzięki mężu za zwolnienie mnie z większości nocnego wstawania na mleko :P). 

Hotel dla samych dorosłych spełniałby oczekiwania w pełni - czysto, wcale nie tak głośno i jedzenie też znośne, a do centrum miasta Rodos blisko autobusem. Miłośnicy aktywności czy wieczornych wojaży i animacji mogliby być nieco zawiedzeni, ale zawsze można było podjechać do miasta w tym celu. 

Bardzo ciekawy sposób zwiedzania Rodos i okolic. 45 minut jazdy to wykonalne nawet dla Pączy


Niestety jako rodzina z dziećmi nie do końca byliśmy zadowoleni (a może to tylko ja nie byłam?). Brodzik dla dzieci okazał się zbyt głęboki i bez zejścia dla docelowych użytkowników, plac zabaw zawierał 4 atrakcje na łące przypominającej patelnię w samym słońcu (upodobany przez Panie nudystki nie wiem czemu), a jakiegokolwiek pokoju/sali zabaw w całym hotelu brak. No cóż. Dobrze, że razem z Pączkową babcią zaopatrzyłyśmy małych urlopowiczów w prywatny basen, 2 piłki, 2 koła do pływania i wykazywałyśmy się kreatywnością zabaw na balkonie i w pokoju hotelowym. Sporo też wędrowaliśmy w 6 ( Pączki, rodzice, babcia i wujek Maciek) po okolicy i do miasta autobusem (na ile wózki i cierpliwość jeżdżących pozwalała). 

Przegląd plażowych kamieni z babcią


Bardzo sprawnie minęła nam 3 - godzinna podróż samolotem - w obie strony chłopcy przespali 2/3 lotu więc mimo braku dla nich osobnych miejsc jakoś udało nam się wytrwać. 





Wniosek urlopowy do zanotowania na przyszły rok -  miejsca urokliwe na pocztówkach typu Rodos - lepiej zwiedzać w trakcie romantycznego wypadu we dwoje. Lub podjąć próbę nr 2 i wyszukać miejsce bardziej przyjazne dla rodzin z dziećmi. Choć nadal dla mnie przebywanie z małymi dziećmi w takich miejscach, które kuszą wycieczkami na rajskie plaże i wyspy i rejsami itp., z których to opcji nie mogłam skorzystać - to po prostu jedynie powód do doła i samookaleczeń. Ludzie wracali do hotelu z jakiś mega fajnych wycieczek fakultatywnych a my... tylko siąść i płakać z żalu. Lepiej się nie wystawiać na takie pokusy.

Wróciliśmy mimo wszystko wygrzani słońcem, opaleni i nacieszeni urlopowym luzem ( bez pracy, służbowych telefonów itp).

piątek, 27 czerwca 2014

1600 km w 5-oro w kombi, czyli Zakopani w długi weekend

Zeszły, tzw. "dlugi" czerwcowy weekend cała Pączkowa rodzinka plus Tomkowa mama, w ramach urlopowego szaleństwa w 5-osobowej Toyocie Avensis kombi sprawdzili, czy da się nie oszaleć z 2 małych dzieci w podróży (prawie) wzdłuż Polski. Włączając wycieczki na szlaki i do Zakopca, łącznie przejechaliśmy około 1600 km i o dziwo nadal pozostaliśmy przy zdrowych zmysłach :)

Na miejscu byliśmy (Kościelisko, Zakopane) 3 pełne dni + czwarty w Krakowie + łącznie jakieś 19 godzin podróży. To co szczególnie nam się udało w związku z organizacją wyjazdu to zakwaterowanie. Z czystym sercem możemy Wam polecić http://www.dworekpodgiewontem.com/, choć zdecydowanie raczej rodzinom z dziećmi, bo klimat jest tam typowo rodzinny - wszędzie dzieci i gwar :P Szczególnie przydatny był w pełni wyposażony pokój zabaw - pełna pączkowa eksploracja przynajmniej 2 h dziennie. Przy okazji miałam możliwość obserwowania moich synów w otoczeniu innych dzieci, spoza rodziny. Doszłam do wniosku, że po pierwsze moje dzieci są naprawdę samodzielne w porównaniu z innymi dziećmi (tylko Pączki jadły same), a po drugie o dziwo mniej rozwrzeszczane i uciążliwe dla otoczenia (choć niewątpliwie 3 razy bardziej ruchliwe!).

Wypad w Tatry był dedykowany szczególnie Tomkowi i jego mamie, dla których był to wymarzony wyjazd w góry po latach. Ja w sumie pogodziłam się, że to nie o mój komfort i nie o moje górskie predyspozycje będzie chodziło. Zaopatrzeni w nosidła na plecy, liczyliśmy na prawdziwe Tatry exploring, co szybko zweryfikowało życie, a właściwie Pącze. Włożeni w nosidła z wielkim fochem i głośnymi jękami wytrwali w nich ( i to z przerwami) jakieś 1,5 km drogi do szlaku, do wejścia do Doliny Kościeliskiej plus chyba gratisowo jakieś 200 metrów owej doliny. Po czym wróciliśmy niosąc ich całą drogę powrotną na rękach. Jedyne co nam się udało ... to pamiątkowe zdjęcia w owych nosidłach ( jedno było raczej nietanim zakupem). 



Jakimś cudem dzięki małym poręcznym wózkom składanym w laskę, zaliczyliśmy wjazd na Gubałówkę, pieszą wędrówkę do połowy Doliny Kościeliskiej ( podejście 2 z wózkami), trasę pod górę do samego Morskiego Oka (z powodu ulewy, powrót dorożką :), skocznie narciarskie ( zamówienie Tomka), stary cmentarz i ze 3 kościoły :) Moja ulubiona Sarnia Skała się nie załapała, więc będzie po co wrócić. Jak się zwiedzało z dziećmi? Łatwo nie było :) Wózki na małych kółkach, torba pełna przekąsek owocowo-ciastkowo-warzywnych i soczków w kartoniku ze słomką (nasza nowa miłość).



Generalnie wyjazd bardzo się udał, zwłaszcza, że w końcu się wyspaliśmy! Szybko chodziliśmy spać, a chłopcy wstawali między 7:30 a 8:00, plus znów spali po 2 razy w ciągu dnia 1,5 - 2 h za każdym razem. Najwyraźniej górskie powietrze im służy :)

Gratisowo, na specjalne zamówienie mojej teściowej wpadliśmy (dosłownie) na 4 godziny do Krakowa, dzięki czemu ominęliśmy część korków na zakopiance (wpadając potem w te pod Radomiem i pod Warszawą, ale cóż). Chłopcy wybiegali się na Wawelu, a teściowa odznaczyła minimum na swojej liście upragnionych podróży. Mnie ucieszył Bar Mleczny i tyle z komentarza. Przepraszamy, że nie wpadliśmy na kawę do Krakowskich przyjaciół, ale czas nas goniła niestety :(

poniżej joga wawelowa ;)




Za którym byście pobiegli?



środa, 25 czerwca 2014

Dzieje się dzieje

Tyle zmian i nowości w naszym życiu, że nie za bardzo było jak usiąść do blogowania, więc wszystkich zawiedzionych pączkową posuchą ściskamy i przepraszamy :) Poprawimy się.

Zanim pochwalimy się rodzinnym wypadem na długi weekend, czas chronologicznie na opis wcześniejszych zdarzeń. 

W tym miesiącu naprawdę dużo się działo więc nieco schematycznie przedstawiamy co i jak:

1. Pączki plażingują

Tak tak - smażing i plażing :) To coś co tygryski latem lubią najbardziej - słoneczko i dużo ruchu na świeżym powietrzu. Jedną z okazji był wypad w rodzinnym gronie do Kadyn, który mimo, że krótki na długo podładował nasze słoneczne akumulatory. Olafkowi nawet udało się pomoczyć nogi w Zalewie ( i pupę w pampersie), ku zazdrości brata. Piasku przywiezionego w butach, włosach i majtkach do domu, starczyłoby pewnie na piaskownicę na balkonie.

Od lewej - Olo, Fifi i gościnnie Zuzia

2. Zlotastyczny weekend

Od połowy maja pączkowa mama zaniedbując domowe obowiązki ( ;) ), gro czasu i uwagi poświęcała organizacji zlotu dla elbląskich harcerzy. W efekcie jej pracy Olo i Fifi mieli okazję odwiedzić swój 2 zlot w życiu (rok temu też byliśmy gośćmi). Razem z rodzicami otworzyli zlot w piątek 13.06 i drugi raz wpadli na kilka godzin w sobotę 14.06.  Możecie sobie wyobrazić dwóch z metra ciętych pędraków przemieszczających się pomiędzy 250 zuchami i harcerzami :) Z wszystkiego w czym mogli uczestniczyć w trakcie zlotu, Pączkom do gustu przypadł szczególnie festiwal piosenki. Wzięli sobie do serca chęć pomocy i generalnie odpowiadali za układ choreograficzny do większości występów. Fifi wykazywał też zainteresowanie grą na gitarze, ale jego talent nie został specjalnie doceniony ani przez publikę, ani tym bardziej przez właścicieli gitar, na których trenował.


FIFI: "Tylko równo drogie zuszki"

Olo: "A obrót potrafisz?"

3. Niezły Meksyk

Od dawna wybieraliśmy się do jednego z elbląskich zadaszonych miejsc zabaw dla dzieci, tak aby rzeczywiście chłopcy mieli okazję popróbować jak największej liczby atrakcji. Nadszedł czas by przetestować "Meksyk", jako alternatywę na deszczowe weekendy. Okazało się, że moment jest odpowiedni, bo Pączki ze swoją potrzebą ruchu i włażenia w dziwne miejsca, doskonale odnaleźli się w basenikach z kulkami, dmuchanych zamkach czy pośród różnego rodzaju pojazdów. Olo szczególnie upodobał sobie zabawny, uśmiechnięty samochód z dachem (taki pchacz jak w bajce o Flinstonach). Fifi królował za to wśród miliona kulek. Tylko pupa mu wystawała w trakcie podskoków wgłąb basenu. Atrakcja w sumie nie najdroższa, a warta uwagi. 

Z cyklu "gdzie jest Fifi?"

Olo: "lewa wolna?"         Fifi:"co gotujemy brat?" Olo: "poczekaj zmywam"



wtorek, 10 czerwca 2014

Dziecięce nałogi i przyzwyczajenia

Pączki jak wszyscy ludzie mają swoje nawyki i przyzwyczajenia, a wręcz mogę się pokusić o stwierdzenie, że mają nawet pierwsze nałogi. Niektóre są słodkie i rozczulające jak np. Olafkowe tulenie poduszki do snu (co dziwniejsze, że poduszka jest TYLKO biała i ZAWSZE bez poszewki), a inne troszkę nam komplikują życie, jak np. umiejętność zasypiania jedynie w swoich łóżeczkach, przy melodii wszechobecnego pingwina. 

Nałogiem, który szczególnie gra nam na nerwach, jest konsumowanie kremów i balsamów. Wielokrotnie się nad tym zastanawiałam, skąd to wynika i jakim cudem obu chłopcom smakuje sudocrem czy balsam do ciała?? Wystarczy zostawić krem w zasięgu małych, sprytnych rączek i jakieś 15 sekund później są objedzeni białą mazią. Co więcej zajadają ze smakiem... Komplikacje pojawiają się szczególnie, gdy hurtem przewijam jednego a od razu drugiego - jednego obrabiam a drugi śmiga wokół mnie jak satelita i namierza, gdzie mama położyła białe, lepkie trofeum. Normalnie mam nawyk siadania na kremach, żeby nie dało się ich zlokalizować. (Już wiem po co mi pokaźny tyłek ;) ) Chętnie bym zrobiła zdjęcie na pamiątkę, ale jakoś przeważa we mnie chęć udaremnienia połknięcia kremu. 

Powracając do podusi. Podusia liczy się tylko wtedy, gdy jest biała i koniecznie bez poszewki. Próbowałam podrzucić Olafkowi jaśka, którego łatwiej wyprać, ale bezskutecznie. Drze mordkę aż poszewka zniknie na zawsze. Już wyobrażam sobie Olusia ciągnącego przez lotnisko, albo w hotelu przy basenie białego umorusanego jaśka., który jako stały towarzysz mojego syna nosi na sobie ślady wszystkich wspólnych wypraw - na balkon, do kuchni i toalety. Opór stawiam jedynie jak Olo chce wyprowadzać podusię na spacer, a efekty mojego oporu słychać aż na parterze. 

Fifi natomiast w ostatnich dniach wkręcił sobie, że z jego 8 różnych smoczków do spania, będzie od teraz lubił tylko trzy Aventa i  to te najstarsze, których powinnam się pozbyć. Ryk z jego łóżeczka świadczy zwykle o tym, że tata zatkał go nie tym zatykaczem, co powinien. 

Tata, podusia i Pączek po wstaniu rano :)


Ile to uporu i charakteru w takiej małej istocie siedzi :)  

W kwestii przyzwyczajeń udało nam się zrobić ostatnio 1 krok do przodu a mianowicie przeprowadziliśmy się do innego pokoju, pozostawiając Pączkom ich własny pokój. Wykorzystałam do tego dramatycznego kroku wyjazd Pączkowego taty na cały weekend i włuala :) od ponad tygodnia śpimy na o wiele większym łóżku, bez bólu pleców i bez budzenia się na każde wyplucie smoczka. W pierwszych dniach/nocach troszkę się budzili i nas wołali, ale bez szału, a teraz przeważnie śpią do 8:00 z jedną przerwą na mleczko koło 5 rano! Następny krok to przystosowanie ich pokoju do miliarda zabawek jakie posiadają i w końcu odzyskamy duży pokój :)

Taka sytuacja :P "O fajne macie większe łóżko, to się wprowadzę na godzinkę czy dwie"