Pączki

Pączki

niedziela, 28 grudnia 2014

Pączki ludzkim głosem na święta..

Do niedawna spytani o to, czy Pączki "już mówią?" mogliśmy jedynie odpowiedzieć, że tak - mniej więcej jak krecik z czeskiej bajki - tylko oh, ahy, jęki, potakiwania i okrzyki zdumienia. Dzięki zaparciu pań ze żłobka udawało się uzyskać jakieś odpowiedzi, dzięki użyciu kiwnięć głową, czy słów tak i nie. 

Z okazji świąt chyba nasz większy Pączek, czyli Oluś dodał do swojego krecikowego repertuaru zwrot "a co to??". I teraz nieustannie wskazuje na coś swoim małym paluszkiem i pyta "a co to?", po czym wskazuje następną rzecz, osobę i pyta powtórnie. Na jakiś czas zapomina o zabawie, a potem odpowiadamy znów. 

Fifi natomiast do perfekcji dopracował wydawanie polecenia "daaaaaaaaajjj!" :) Jego ulubione stwierdzenie oprócz tego to "Nie". Zwłaszcza, gdy mama o coś prosi, lub czegoś zakazuje.

Ich sposoby porozumiewania się ze światem są całkiem inne od początku - Olo wykłócał się wrzaskiem, Fifi jęcząc i piszcząc. Teraz codziennie udaje mi się zaobserwować jakieś różnice w ich temperamencie, zachowaniach, upodobaniach. 

Filipek wszędzie po domu ciąga swoją kołdrę w zielonej poszewce  (dobrze, że wykopałam drugi egzemplarz), smoczek preferuje w określonym kształcie, ale w obojętnie jakim kolorze. Olo natomiast gdzieś ma kolor swojej kołderki, ale za to nieustannie przytula się do sfatygowanej białej podusi i zadowoli się jedynie smoczkiem w kolorze ... pomarańczowym, mimo, że mamy ten sam rodzaj w 3 kolorach. 

Filipek ma fioła na punkcie odkurzania i ostatnio nawet do snu szedł z odkurzaczem, którego nie dał sobie wyrwać z rączek, aż zasnął. Olo za to zasypia albo słuchając książki o Kubusiu Puchatku, albo ... nad książką, przytulony do dużego, niebieskiego tomiska o głupiutkim misiu.



Olo dowodzi bandą OLO&FIFI, co o dziwo nie przeszkadza bratu, który najczęściej dostosowuje się do rozkazów starszego brata. Mama prosi: " Oluś zawołaj Filipka, żeby wypił lekarstwo", Olo idzie po brata i swoimi sposobami namawia go do tego o co prosi mama. Olo każe się bratu zamienić jedzeniem, butami, samochodami - Fifi się zamienia. Szkoda, że mnie się tak nie słuchają niestety :)



środa, 17 grudnia 2014

O lekarzach, glutenie, fetyszu i innych

Uprasza się, aby jakaś ciocia lub wujek zaprosiła swojego ulubieńca do domu na ... odkurzanie, bo mamie i tacie już nerwy się kończą na pana miłośnika odkurzania. Sprzęt do odkurzania chowa się prze Filipkiem w szafce i dygoce przerażony, a kontakt, którego Fifi uparcie używa kilka razy dziennie, milion razy próbując włączać i wyłączać - zbuntował się i pozbawia nas prądu w całym pokoju :(  Tak więc fetyszysta odkurzania jest do wzięcia w sezonie przedświątecznych porządków - jak znalazł. :P Z tym, że odkurzacz trzeba mieć własny i prąd także,bo nasze na wycieńczeniu.


  
O bombeczka nie chce się dać odkurzyć...


 A tak z innej bajki - czy komuś z Was zdarzyło się kiedyś w panice poszukiwać lekarza do chorego dziecka w Elblągu? My zmuszeni byliśmy pierwszy raz wezwać prywatnie lekarza do domu. Porażka jakaś. Godzina 16:00 więc pediatra JUŻ nie przyjmuje, a pogotowie JESZCZE nieczynne. A Filipek 39,9 i jakieś dziwne piosenki zaczął śpiewać, których jeszcze ani mama ani tata nie słyszeli. Po wykonaniu 8 telefonów, do wszystkich znanych nam lekarzy, dopiero nr 9 zdecydował się przyjechać w ciągu godziny (wiadomo pogotowie to nie jest, żeby na sygnale gnał). Nie sądziliśmy, że tak ciężko jest nawet za kasę wezwać pediatrę do domu na cito. Dobrze, że chociaż lekarz kompetentny, bo przebadał (za 80 zł!) dwa egzemplarze, stwierdzając anginę u gorączkującego, oraz opowiedział nam przy okazji o neutropenii i nietolerancji glutenu. 

I właśnie o tej nietolerancji glutenu teraz. PS. LUDZIE NADWRAŻLIWI, LUB JEDZĄCY WŁAŚNIE OBIAD NIE POWINNI CZYTAĆ DALEJ. 

W środowisku znajomych trochę zasialiśmy panikę - więc dementuję - nie wiemy czy Pączki mają problem z glutenem, czy z mlekiem czy jeszcze jakiś inny. Po prostu od kilku miesięcy, albo odkąd przestałam karmić piersią rok temu, chłopcy mają chroniczną biegunkę. Mają ją prawie zawsze, do czego my przywykliśmy już dawno. Jednak panie w żłobku alarmują, że porównując z innymi dziećmi, nasi synowie są rekordzistami kupy. Bo skąd mam wiedzieć, że inne dzieci robią to raz dziennie, skoro moi od zawsze 3-4 na łebka? 

Za namową lekarza postanowiliśmy zacząć od ograniczenia glutenu do minimum (zaczęliśmy od ograniczenia produktów mącznych), jak nie podziała to od stycznia wyłączymy mleko. Jak to nie podziała to zaczniemy ich żywić głównie owocami i warzywami... Olo ma sporo zapasku na brzuszku to da radę. A Fifi... ten akurat może żyć na samej marchewce, którą kocha :) Lekarz twierdzi, że nietolerancja czy mleka czy glutenu może być czasowa, spowodowana antybiotykiem, czy innym zatruciem (o co u dzieci jedzących trawę, piasek, kamienie, muszelki itd nie jest akurat trudno).

A poniżej żeby było optymistycznie na koniec - fotorelacja ze wspólnego, prawie męskiego ubierania choinki :) Fajnie mieć teraz aż trzech "mężczyzn", do osadzania i dekorowania :) Za rok ponoć pojadą do lasu razem :) 



Trzeba przyznać, że Olo był bardzo zapalony do zakładania bombek - podawał i wybierał gdzie mama ma powiesić. Fifi natomiast... jak to Fifi. Wolał odkurzać choinkę i robić bombkom crashtesty. 




niedziela, 7 grudnia 2014

II Mikołajki Pączków

Zeszłoroczne Mikołajki istnieją pewnie tylko w pamięci i świadomości pączkowych rodziców, zwłaszcza, że wtedy po raz pierwszy mogliśmy sprawić radość "swoim, własnym" maluszkom, a nie tylko dzieciom znajomych czy z rodziny. Pącze oczywiście nie za bardzo kumają, że rok temu był u nich Mikołaj. 

W tym roku jednak ich ogarnięcie świata jest nieco większe, co za tym idzie są w stanie choćby zauważyć, że w ich własnych bucikach pojawiły się łakocie :P Może za rok będą już na takim etapie samoobsługi, że sami umyją i ustawią buciki na parapecie? 

Wieczorem 5 grudnia największą frajdę mieli rodzice. A jak widać na poniższym zdjęciu - największe oczekiwania, co do następnego dnia miałam ja :P

Żeby było sprawiedliwie każdy ma 1 but, wielkość nie jest określona :P

Poranek rozpoczął Olaf, radośnie skacząc po mamie i tacie, uprzednio minąwszy buciki w korytarzu, bez żadnego entuzjazmu. Dopiero po cynku od mamy, że chyba w jego buciku Mikołaj coś zostawił, przeszczęśliwy odkrył czekoladowego Mikołaja, który w tym samym momencie utracił czekoladową czapkę. Z tej euforii Olo pobiegł obudzić braciaka, żeby go słodkości nie ominęły. Ledwo rodzice zdążyli wyciągnąć z uśmiechniętych buziek kawałki kolorowego pazłotka.


 


Reszta dnia przyniosła więcej i więcej Mikołajkowych łupów, które jeszcze długo będą dostarczać chłopcom radości. Najbardziej jednak jak to z dziećmi bywa chłopców ucieszyły... plastikowe torebki z rączkami, w które zapakowane były klocki :P W torebkach można w końcu nosić wszystko... tak jak mama :) 

PS. rodziców najbardziej ucieszył naprawiony rozrusznik, przez Mikołaja z Helskiej. 

Mikołajkowe pidżamki, klocki, samochodziki i ..plastikowa torebka :)






niedziela, 23 listopada 2014

Wielka wyprawa do stolycy ;)

2 tygodnie temu udało nam się urwać z domu na całe 36 godzin tylko we dwoje, dzięki pączkowej babci, która podjęła wyzwanie ogarnięcia dwóch żywiołów w tym czasie. Wybór padł na Warszawę, bo akurat tanie linie lotnicze skusiły nas promocją na lot z Gdańska (76 zł za 2 os. w 2 str.). Oprócz tego Tomek od dawna chciał zobaczyć Centrum Nauki Kopernik i niedawno otwarte Muzeum Historii Żydów Polskich. Mimo, że wylot planowany był wcześnie rano w sobotę, już noc wcześniej rozpoczęła się nasza przygoda. Dla rozpędu odwiedziliśmy przyjaciół w Sopocie.

Generalnie wycieczka była udana choć mega wyczerpująca. Już pierwszej nocy z powodu bardzo wczesnego wylotu, pospaliśmy zaledwie kilka godzin. Potem cały dzień wędrowaliśmy po Warszawie, głównie pieszo, aż do 1:00 w nocy. Kolejna noc przyniosła nam znów 4h snu, ranek 6 nieplanowanych godzin na lotnisku, a południe 5-7 godzin w autokarze. Tomek dostał jeszcze gratis 1,5 h w samochodzie. Taka imprezka.

Teraz garść rad dla innych szalonych małżeństw pragnących wybrać się na relaksującą wycieczkę do stolyyycy. ;)

1. tańsze i łatwiejsze rozwiązania nie zawsze są ani tańsze, ani łatwiejsze. Zawsze podróż za 76 zł w 36 godzin może się okazać podróżą za 200 zł w 46 godzin. :) W plan może w końcu wkroczyć mgła, deszcz, drogi transfer z/do lotniska - lub nawet wszystko na raz :)

6:00 rano-lot w 2 str, który okazał się lotem w 1 str ;)


2. jeśli w planach macie oglądanie jakiejś popularnej walki bokserskiej (np. Adamek - Szpilka), lepiej wykażcie się lepszym planowaniem niż my. Liczenie, iż w każdym lokalu na Nowym Świecie, będzie transmisja walki i to jeszcze za darmo, z tanim browarem/sokiem, może się okazać mało efektywne. W praktyce może się okazać, że na całym Nowym Świcie transmisje, można policzyć na palcach jednej ręki, a już te w otwartych lokalach pewnie wcale nie istnieją. Dobrze, że jeszcze o 23 da się alarmowo wbić do lokalnego pubu w Modlinie, gdzie pizza stoi za 15 zł, a piwo za 4 zł :)

Miejsca w 1 rzędzie i tv wielo...calowy :)


3. warto przed wyjazdem zarezerwować jednak nawet kiepski nocleg. Nocne wędrówki w deszczu po całym dniu zwiedzania, nie mają racji bytu. W razie czego polecamy nie najgorszy całodobowy motel w Modlinie, gdzie za jedynie (phii...) 120 zł można dostać pokój 2-osobowy bez łazienki. Lepiej jednak spać 4 h w łóżku co nie?. Zwłaszcza, że to przemiła pani z motelu dała nam cynk o transmisji walki w pubie z lokalsami.

4. muzea są super! ale zwiedzanie muzeum w niewygodnych butach już nie jest takie świetne wcale. Tak wiem, ja stara weteranka wycieczek i zwiedzania i niewygodne buty?!? Nie popisałam się cóż, odpokutowałam dosłownie i w przenośni, koszmarnym bólem stóp.

5. naprawdę warto odwiedzić Centrum Nauki Kopernik. Spędziliśmy w nim 4 godziny (ja już po raz drugi) i mimo to nie zdążyliśmy wypróbować wszystkich atrakcji. Dobrym pomysłem jest wcześniejsza internetowa rezerwacja, dzięki czemu można uniknąć gigantycznej kolejki, lub w ogóle dostać bilety, o czym nie ma pewności jak się dotrze prosto do centrum bez rezerwacji.



6. Jeśli lubicie nowoczesne muzea rodem z Science Fiction to Muzeum Historii Żydów Polskich jest bardzo dobrym pomysłem. Na odwiedzających mają wpływać dźwięki, kolory, światła, obrazy i oczywiście spora dawka informacji odnośnie historii głównych bohaterów. Jeśli się zdecydujecie, przed wami 2-3 h szow dla zmysłów. Inspirująca jest też czasowa wystawa opowiadająca historię powstania muzeum.

Ulica wybudowana pod ziemią w muzeum

Następną podróż planujemy za kilka miesięcy, może tym razem uda nam się czmychnąć na cały weekend?, wrócić o czasie i jednak trochę odpocząć?

wtorek, 11 listopada 2014

Żłobek - pierwsze podsumowania

Pączki od 2 miesięcy chodzą do żłobka, czas więc na pierwsze wnioski z powziętej wcześniej decyzji. (Którą de facto nie było łatwo przeforsować w rozmowach z Pączkowym tatą.)

Dylemat 1 - Aklimatyzacja

O dziwo w przypadku bliźniąt to chyba jakoś szybciej idzie, bo Pączki już trzeci tydzień żłobka (i to przerwany dłuższym weekendem) zaczęli bez płaczu i ze zgodą na "idziesz jutro do żłoba pobawić się zabawkami?". W trzeci poniedziałek przywitaliśmy panią w żłobku milczącym przyzwoleniem, w czwarty już rześkim krokiem chłopcy wbiegli do sali zabaw, w piąty poniedziałek zapomnieliśmy już kompletnie o wcześniejszych aklimatyzacyjnych obawach. 

Technicznie rzecz biorąc pewnie wszystko poszłoby jeszcze sprawniej, gdyby nie dziwny regulamin naszego żłobka. Rodzic przyprowadzający swój skarb do żłobka, przekazuje go w ręce pani wychowawczyni w korytarzu. Dalej skarb musi sobie radzić sam. Stresujące to z perspektywy rodzica i pewnie nie mniej w odbiorze malucha.

Chłopcy najwyraźniej bardzo lubią swój żłobek i panie wychowawczynie. Idą do żłobka codziennie rano w podskokach i wchodzą na salę z uśmiechem bez jakiejkolwiek skargi. 

Dylemat 2 - Choroby

Nie do końca wiem jak podejść do kwestii chorób w związku ze żłobkiem, bo nie jestem pewna, czy powinnam się cieszyć, że chłopcy chorują TYLKO raz w miesiącu opuszczając na raz dzień lub dwa, czy narzekać, że chorują 3 razy częściej niż przedtem. Obserwuję też dzieci znajomych w podobnym wieku i dochodzę do wniosku, że nie tylko dzieci żłobkowe chorują - w tym okresie kaszel, katar itd mają zarówno dzieci karmione piersią, pozostające pod całodobową opieką mamy, babci, opiekunki jak i moje żłobkowe. Generalnie chyba nie jest z nami tak źle, bo jak dotąd we wrześniu opuściliśmy 5-6 dni i w październiku podobnie, każdorazowo przedłużając weekend o czwartek, piątek lub poniedziałek. Zaliczyliśmy katary, kaszle, gorączki, biegunki i jak dotąd nic poważniejszego. Problemem jest oczywiście przyjmowanie leków, co ze strony mamy jest niewykonalne z powodu oporu, kaszlu, wymuszonych wymiotów, wypluwania na rodzicielkę, szczypania, gryzienia itp.


Dylemat 3 - co lepsze? i dla kogo lepsze?

Bardzo długo zastanawialiśmy się nad najlepszym rozwiązaniem, po moim powrocie do pracy. Sytuacja dodatkowo się skomplikowała, w związku z dobrą propozycją zawodową, związaną nie tylko z lepszymi zarobkami, ale przede wszystkim z szansą rozwoju i zapachem nowości ( niestety od razu 8 godzin, bez możliwości częstszych zwolnień). Tata w związku z tym zaoferował, że zrezygnuje z grania w drużynie, na rzecz częstszego spędzania czasu z synami i trenowania dzieci w klubie ( mniej wyjazdów na mecze, mniej treningów). Nadal jednak dylemat dotyczył godzin od rana do 15, w których ja tkwię w biurze.

Oczywiście skrajnym rozwiązaniem była rezygnacja któregoś z nas z pracy i pozostanie w domu. Jednak Tomek nie miałby już powrotu do szkoły, gdzie w tym roku zaproponowano mu umowę na czas nieokreślony, a ja też nie mam żadnego, najmniejszego talentu do zajęć chałupniczych, lub innych dających chociaż minimalną krajową na przeżycie. Opcja ta została przez nas bardzo szybko odrzucona. To oczywiście, że kochamy nasze dzieci i chcielibyśmy dla nich jak najlepiej, a co za tym idzie chcemy żeby miały co jeść, mogły spędzać czas w ciekawy i rozwijający sposób, a w przyszłości poszły na studia i mogły zobaczyć kawałek świata. Na to niestety potrzeba pieniędzy, które w naszym zadupiastym mieście ciężko zarobić w pojedynkę.

Pomysł z opiekunką upadł, nie tylko z powodu równowartości wypłaty Tomka w szkole, ale też jakoś nie mieliśmy odwagi zaufać komuś krzątającemu się po naszym 42-metrowym bajzlu. Uznaliśmy też, że nie mamy warunków mieszkaniowych do tego, żeby ktoś zapewnił chłopcom wystarczającą porcję ruchu i wrażeń.

Mimo deklaracji ze strony babć, wykorzystywanie ich do wychowywania własnych dzieci i to za darmo to jakoś sprzeczne z moimi przekonaniami. Mamy też nieco inne podejście do kwestii wychowania, zwłaszcza w obszarze zakazów i nakazów jeśli rozumiecie o co mi chodzi ;) Co więcej szkoda, by mi było mojej mamy czy teściowej, które kilka godzin dziennie musiałyby przetrwać z naszymi dziećmi, nienależącymi do ani grzecznych ani spokojnych. Niby z jakiego tytułu musiałyby tego chcieć?


Dylemat 5 - plan dnia

Początkowo mieliśmy super optymistyczną wizję, że będziemy prowadzić Pączki do żłobka na 3-4 godziny w ciągu dnia. Potem okazało się, że pączkowy tata zgodnie z planem w szkole, obstawia głównie popołudnia, ale do żłobka można odstawiać dzieci tylko rano. Tym sposobem chłopcy chodzą tam 4 dni w tygodniu na 8:00 do 15:20 i we wtorki od 6:45 do 15:20. Mi przypadła najprzyjemniejsza część dnia, czyli odbieranie uradowanych dzieci, po czym spacer i wspólne zabaw do 18:20 kiedy to do domu wraca tatuś. Tatuny przyspawają się wtedy do ojca i mama może śmigać na zumbę, step, czy na plotki. Z reguły jeszcze kąpiel i o 20:00 Pącze smacznie śpią.

Podsumowując

Nadal moja wiara w pozytywny wpływ żłobka na rozwój moich synów jest niezachwiana. Rozwijają się w szybkim tempie (nowe słowa, nowe umiejętności, nowe reakcje) i przede wszystkim są bardzo samodzielni. Mają okazję wybawić się z innymi dziećmi i wybiegać do woli. Minus, który nam doskwiera to brak spacerów czy jakichkolwiek wyjść z dziećmi. Przez całe 7-10 godzin dzieci siedzą w pomieszczeniu, bo dla Pań to zbyt duży problem wyjść z nimi chociaż do ogrodu przy budynku.

Trochę w ramach buntu wychodząc ze żłobka po 15:00, zwykle lądujemy na min. 30 minut ... w ogrodzie przy żłobku, co nie pozostaje niezauważone przez pozostałe dzieci i panie. Dopiero po przetestowaniu zjeżdżalni w grupie starszaków, ruszamy na podbój reszty dzielnicy.



wtorek, 28 października 2014

Żarłoczne Pącze, ja siam i ja koniecznie z bratem

Zachodzi u nas ostatnio dziwna zależność - Pączki tracą na wadze i wyciągają się w górę, jednocześnie pochłaniając niewyobrażalne ilości jedzenia. Może odkryli sekret na miarę Św. Graala - idealna dieta polegająca na pałaszowaniu wszystkiego w dowolnych ilościach. Po powrocie ze żłobka ( czyli po śniadaniu, II śniadaniu, obiadku i podwieczorku - wszystko w 7 godzin!), prawie rzucają się na wszystko, co tylko zaserwuje mama. Brak faworytów i gustów - nie liczy się jakoś a ilość na talerzu ( i częstotliwość serwowania ;) Chwilami zastanawiamy się, czy w żłobku jedzonko znajduje się jedynie na rozpisce na ścianie?!, czy dzieci jednak dostają je w realu?! ;) a może to tylko moje dzieci są takie żarłoczne ostatnio? ;)



Żarłoczne Pącze wykazują w ostatnich tygodniach wiele innych sprzeczności. M.in. jednocześnie wszystko chcą robić samodzielnie - "jeść ja swoją łyżką a nie mamy!" ( w wolnym tłumaczeniu na polski bo w oryginale "aaaaaaaaaauuuaaaa"), "ubrać spodnie ja sam!" ( dosł. "jaaaaaaaaaaaaaaaa, daj daj daj daj!"), "pić z dużej szklanki Olo chce! (dosł. "jaaaaaaaaaaaaaaaaaa"), "Fifi sam wejdzie po schodach na III piętro" ("jaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa"). Z drugiej strony ich poczucie samodzielności i indywidualności idzie w zapomnienie, zawsze gdy próbuje się ich rozdzielić. Oluś ma w żłobku zajęcia z fizjoterapeutą, więc na wycieczkę do pani zabiera zawsze brata. Fifi na spacer do logopedy ciągnie za sobą Olafka, w końcu w jego ocenie brat też słabo się komunikuje ze światem. Są wręcz nierozłączni. Nawet na karnym jeżu ( dosł. karnej podłodze) zawsze odpokutowują w zestawie Olo+Fifi. Jeden siedzi za karę, drugi natomiast dla towarzystwa. W żłobku panie specjalnie dla nich prowadzają dzieci w parach do toalety, do umywalni itd. Braciaki nie dają się rozdzielić. W sytuacji, gdy Olo został półtorej godziny wcześniej odebrany przez babcię (wizyta u lekarza), Filipek cały ten czas przesiedział płacząc pod drzwami. Jego brat natomiast musiał być siłą wyniesiony z budynku bez brata, mimo głośnego wrzasku, że jeszcze Fifiego babcia zapomniała.

Wcześniej pytana o to, czy bliźniaki zawsze są nierozłączne, byłam w stanie podać wiele przykładów, w których chłopcy przebywali osobno bez płaczu - wizyty Filipka u fizjoterapeutki 2 razy w tygodniu przez kilka miesięcy, wycieczki Olafka z mamą na zakupy, czy na hufcowe zebranie. Teraz jak widzicie sytuacja ma się zgoła inaczej. Mimo, że Olafek częściej ma powodów, aby urwać się ze żłobka (gorączka, biegunka itp), odebrać trzeba niestety oba egzemplarze i podwójnie prosić babcię o podwójne wsparcie.

Z takim "zimnym elbląskim" ;)



Ps. cicho u nas bo gorączka była, potem biegunka, potem katar a potem kaszel i tak minęły nam trzy tygodnie. 4-5 godzin snu na dobę, zwalały nas z nóg o 21:00, bez sił na blogowanie. Cudem pączkowy tata opuścił dopiero 1 dzień w pracy, mama też aż 1 w ciągu 4 miesięcy w nowym corpo świecie. Babcia niestety opuściła już pewnie z tydzień ze swojego prywatnego życia. 

z wujkiem Marcinem jeszcze przed fryzjerem 





poniedziałek, 6 października 2014

Tatuny

Na początek cofnijmy się o jakieś 2 lata wstecz, kiedy to M. i T. z nadzieją wpatrywali się w ogromny monitor u ginekologa, zaciskając kciuki z nadzieją na Hanię i Julkę. Kiedy już po 2 minutach Hania na 100% okazała się Olafem a Julka na 70% Filipkiem - wszystko automatycznie stało się jasne. Mama będzie miała przerąbane. Do końca życia nie zwycięży w żadnym domowym głosowaniu. I mimo, że jak się mówi - nadzieja zawsze umiera ostatnia - nawet trzymanie kciuków podczas ostatecznego rozwiązania, nie odmieniło już losu zapisanego w gwiazdach. Mama została rodzynkiem, lub rodzynką technicznie rzecz biorąc.

Co prawda pierwszy rok życia Pączków został praktycznie zmonopolizowany przez rządy mamy, ale praktycznie zaraz potem zainaugurowany został "czas taty". Mężczyźni pobyli razem 2 wakacyjne miesiące i zintegrowani na całego, zaczęli na każdym kroku trzymać sztamę. Tata wracający do domu, jest witany okrzykami radości i wiwatami. Tatę wychodzącego do pracy żegnają zawodzenia i płacze. Tata jest generalnie najważniejszy :) A mama dzięki temu (nieco zazdrosna) może w końcu trochę odpocząć i częściej wyrwać się gdzieś z koleżankami. 

Wieczory u Tatusia są wyjątkowe


Tatuny przebywając sporo ze swoim Stwórcą, zaczynają przejmować jego nawyki i gusta. Filipek wykazuje coraz większą miłość do piłki i kopania wszystkiego co jest obłe, okrągłe, lub co da się kopnąć małą prawą nóżką. Razem z Olafem kipią też energią (co mają zdecydowanie po tacie, bo mama to raczej miłośnik romansu i wygodnego fotela). Żeby efekty erupcji energii nie były widoczne na ścianach i domowych sprzętach, mama z tatą dwoją się i troją w wymyślaniu energetycznych wyzwalaczy. W ruch idzie nie tylko piłka, ale też wszelkie wyścigi, ganiacze, biegi z przeszkodami, a od dziś jeszcze... hulajnogi. Ci prawda zamierzaliśmy je zakupić wiosną, ale jedna niespodziewanie spadła nam w prezencie od ciociobabci. Drugą, mama zmęczona bitwą o nową zabawkę, pojechała na sygnale kupić najszybciej jak się dało. Po instalacji oświetlenia niezbędnego w hulajnogach zimą, oba sprzęty świecące i migające śmigają obciążone uśmiechniętymi Pączkami :) Tyyyyyle radości dla całej czwórki: tatunów, taty i rodzynki ;)

Olafkowa hulajnoga po tuningu, wzbogacona o niezbędne oświetlenie ledowe 

Filipkowa hulajnoga oryginalnie ma świecącego koguta z tyłu