Pączki

Pączki

niedziela, 23 listopada 2014

Wielka wyprawa do stolycy ;)

2 tygodnie temu udało nam się urwać z domu na całe 36 godzin tylko we dwoje, dzięki pączkowej babci, która podjęła wyzwanie ogarnięcia dwóch żywiołów w tym czasie. Wybór padł na Warszawę, bo akurat tanie linie lotnicze skusiły nas promocją na lot z Gdańska (76 zł za 2 os. w 2 str.). Oprócz tego Tomek od dawna chciał zobaczyć Centrum Nauki Kopernik i niedawno otwarte Muzeum Historii Żydów Polskich. Mimo, że wylot planowany był wcześnie rano w sobotę, już noc wcześniej rozpoczęła się nasza przygoda. Dla rozpędu odwiedziliśmy przyjaciół w Sopocie.

Generalnie wycieczka była udana choć mega wyczerpująca. Już pierwszej nocy z powodu bardzo wczesnego wylotu, pospaliśmy zaledwie kilka godzin. Potem cały dzień wędrowaliśmy po Warszawie, głównie pieszo, aż do 1:00 w nocy. Kolejna noc przyniosła nam znów 4h snu, ranek 6 nieplanowanych godzin na lotnisku, a południe 5-7 godzin w autokarze. Tomek dostał jeszcze gratis 1,5 h w samochodzie. Taka imprezka.

Teraz garść rad dla innych szalonych małżeństw pragnących wybrać się na relaksującą wycieczkę do stolyyycy. ;)

1. tańsze i łatwiejsze rozwiązania nie zawsze są ani tańsze, ani łatwiejsze. Zawsze podróż za 76 zł w 36 godzin może się okazać podróżą za 200 zł w 46 godzin. :) W plan może w końcu wkroczyć mgła, deszcz, drogi transfer z/do lotniska - lub nawet wszystko na raz :)

6:00 rano-lot w 2 str, który okazał się lotem w 1 str ;)


2. jeśli w planach macie oglądanie jakiejś popularnej walki bokserskiej (np. Adamek - Szpilka), lepiej wykażcie się lepszym planowaniem niż my. Liczenie, iż w każdym lokalu na Nowym Świecie, będzie transmisja walki i to jeszcze za darmo, z tanim browarem/sokiem, może się okazać mało efektywne. W praktyce może się okazać, że na całym Nowym Świcie transmisje, można policzyć na palcach jednej ręki, a już te w otwartych lokalach pewnie wcale nie istnieją. Dobrze, że jeszcze o 23 da się alarmowo wbić do lokalnego pubu w Modlinie, gdzie pizza stoi za 15 zł, a piwo za 4 zł :)

Miejsca w 1 rzędzie i tv wielo...calowy :)


3. warto przed wyjazdem zarezerwować jednak nawet kiepski nocleg. Nocne wędrówki w deszczu po całym dniu zwiedzania, nie mają racji bytu. W razie czego polecamy nie najgorszy całodobowy motel w Modlinie, gdzie za jedynie (phii...) 120 zł można dostać pokój 2-osobowy bez łazienki. Lepiej jednak spać 4 h w łóżku co nie?. Zwłaszcza, że to przemiła pani z motelu dała nam cynk o transmisji walki w pubie z lokalsami.

4. muzea są super! ale zwiedzanie muzeum w niewygodnych butach już nie jest takie świetne wcale. Tak wiem, ja stara weteranka wycieczek i zwiedzania i niewygodne buty?!? Nie popisałam się cóż, odpokutowałam dosłownie i w przenośni, koszmarnym bólem stóp.

5. naprawdę warto odwiedzić Centrum Nauki Kopernik. Spędziliśmy w nim 4 godziny (ja już po raz drugi) i mimo to nie zdążyliśmy wypróbować wszystkich atrakcji. Dobrym pomysłem jest wcześniejsza internetowa rezerwacja, dzięki czemu można uniknąć gigantycznej kolejki, lub w ogóle dostać bilety, o czym nie ma pewności jak się dotrze prosto do centrum bez rezerwacji.



6. Jeśli lubicie nowoczesne muzea rodem z Science Fiction to Muzeum Historii Żydów Polskich jest bardzo dobrym pomysłem. Na odwiedzających mają wpływać dźwięki, kolory, światła, obrazy i oczywiście spora dawka informacji odnośnie historii głównych bohaterów. Jeśli się zdecydujecie, przed wami 2-3 h szow dla zmysłów. Inspirująca jest też czasowa wystawa opowiadająca historię powstania muzeum.

Ulica wybudowana pod ziemią w muzeum

Następną podróż planujemy za kilka miesięcy, może tym razem uda nam się czmychnąć na cały weekend?, wrócić o czasie i jednak trochę odpocząć?

wtorek, 11 listopada 2014

Żłobek - pierwsze podsumowania

Pączki od 2 miesięcy chodzą do żłobka, czas więc na pierwsze wnioski z powziętej wcześniej decyzji. (Którą de facto nie było łatwo przeforsować w rozmowach z Pączkowym tatą.)

Dylemat 1 - Aklimatyzacja

O dziwo w przypadku bliźniąt to chyba jakoś szybciej idzie, bo Pączki już trzeci tydzień żłobka (i to przerwany dłuższym weekendem) zaczęli bez płaczu i ze zgodą na "idziesz jutro do żłoba pobawić się zabawkami?". W trzeci poniedziałek przywitaliśmy panią w żłobku milczącym przyzwoleniem, w czwarty już rześkim krokiem chłopcy wbiegli do sali zabaw, w piąty poniedziałek zapomnieliśmy już kompletnie o wcześniejszych aklimatyzacyjnych obawach. 

Technicznie rzecz biorąc pewnie wszystko poszłoby jeszcze sprawniej, gdyby nie dziwny regulamin naszego żłobka. Rodzic przyprowadzający swój skarb do żłobka, przekazuje go w ręce pani wychowawczyni w korytarzu. Dalej skarb musi sobie radzić sam. Stresujące to z perspektywy rodzica i pewnie nie mniej w odbiorze malucha.

Chłopcy najwyraźniej bardzo lubią swój żłobek i panie wychowawczynie. Idą do żłobka codziennie rano w podskokach i wchodzą na salę z uśmiechem bez jakiejkolwiek skargi. 

Dylemat 2 - Choroby

Nie do końca wiem jak podejść do kwestii chorób w związku ze żłobkiem, bo nie jestem pewna, czy powinnam się cieszyć, że chłopcy chorują TYLKO raz w miesiącu opuszczając na raz dzień lub dwa, czy narzekać, że chorują 3 razy częściej niż przedtem. Obserwuję też dzieci znajomych w podobnym wieku i dochodzę do wniosku, że nie tylko dzieci żłobkowe chorują - w tym okresie kaszel, katar itd mają zarówno dzieci karmione piersią, pozostające pod całodobową opieką mamy, babci, opiekunki jak i moje żłobkowe. Generalnie chyba nie jest z nami tak źle, bo jak dotąd we wrześniu opuściliśmy 5-6 dni i w październiku podobnie, każdorazowo przedłużając weekend o czwartek, piątek lub poniedziałek. Zaliczyliśmy katary, kaszle, gorączki, biegunki i jak dotąd nic poważniejszego. Problemem jest oczywiście przyjmowanie leków, co ze strony mamy jest niewykonalne z powodu oporu, kaszlu, wymuszonych wymiotów, wypluwania na rodzicielkę, szczypania, gryzienia itp.


Dylemat 3 - co lepsze? i dla kogo lepsze?

Bardzo długo zastanawialiśmy się nad najlepszym rozwiązaniem, po moim powrocie do pracy. Sytuacja dodatkowo się skomplikowała, w związku z dobrą propozycją zawodową, związaną nie tylko z lepszymi zarobkami, ale przede wszystkim z szansą rozwoju i zapachem nowości ( niestety od razu 8 godzin, bez możliwości częstszych zwolnień). Tata w związku z tym zaoferował, że zrezygnuje z grania w drużynie, na rzecz częstszego spędzania czasu z synami i trenowania dzieci w klubie ( mniej wyjazdów na mecze, mniej treningów). Nadal jednak dylemat dotyczył godzin od rana do 15, w których ja tkwię w biurze.

Oczywiście skrajnym rozwiązaniem była rezygnacja któregoś z nas z pracy i pozostanie w domu. Jednak Tomek nie miałby już powrotu do szkoły, gdzie w tym roku zaproponowano mu umowę na czas nieokreślony, a ja też nie mam żadnego, najmniejszego talentu do zajęć chałupniczych, lub innych dających chociaż minimalną krajową na przeżycie. Opcja ta została przez nas bardzo szybko odrzucona. To oczywiście, że kochamy nasze dzieci i chcielibyśmy dla nich jak najlepiej, a co za tym idzie chcemy żeby miały co jeść, mogły spędzać czas w ciekawy i rozwijający sposób, a w przyszłości poszły na studia i mogły zobaczyć kawałek świata. Na to niestety potrzeba pieniędzy, które w naszym zadupiastym mieście ciężko zarobić w pojedynkę.

Pomysł z opiekunką upadł, nie tylko z powodu równowartości wypłaty Tomka w szkole, ale też jakoś nie mieliśmy odwagi zaufać komuś krzątającemu się po naszym 42-metrowym bajzlu. Uznaliśmy też, że nie mamy warunków mieszkaniowych do tego, żeby ktoś zapewnił chłopcom wystarczającą porcję ruchu i wrażeń.

Mimo deklaracji ze strony babć, wykorzystywanie ich do wychowywania własnych dzieci i to za darmo to jakoś sprzeczne z moimi przekonaniami. Mamy też nieco inne podejście do kwestii wychowania, zwłaszcza w obszarze zakazów i nakazów jeśli rozumiecie o co mi chodzi ;) Co więcej szkoda, by mi było mojej mamy czy teściowej, które kilka godzin dziennie musiałyby przetrwać z naszymi dziećmi, nienależącymi do ani grzecznych ani spokojnych. Niby z jakiego tytułu musiałyby tego chcieć?


Dylemat 5 - plan dnia

Początkowo mieliśmy super optymistyczną wizję, że będziemy prowadzić Pączki do żłobka na 3-4 godziny w ciągu dnia. Potem okazało się, że pączkowy tata zgodnie z planem w szkole, obstawia głównie popołudnia, ale do żłobka można odstawiać dzieci tylko rano. Tym sposobem chłopcy chodzą tam 4 dni w tygodniu na 8:00 do 15:20 i we wtorki od 6:45 do 15:20. Mi przypadła najprzyjemniejsza część dnia, czyli odbieranie uradowanych dzieci, po czym spacer i wspólne zabaw do 18:20 kiedy to do domu wraca tatuś. Tatuny przyspawają się wtedy do ojca i mama może śmigać na zumbę, step, czy na plotki. Z reguły jeszcze kąpiel i o 20:00 Pącze smacznie śpią.

Podsumowując

Nadal moja wiara w pozytywny wpływ żłobka na rozwój moich synów jest niezachwiana. Rozwijają się w szybkim tempie (nowe słowa, nowe umiejętności, nowe reakcje) i przede wszystkim są bardzo samodzielni. Mają okazję wybawić się z innymi dziećmi i wybiegać do woli. Minus, który nam doskwiera to brak spacerów czy jakichkolwiek wyjść z dziećmi. Przez całe 7-10 godzin dzieci siedzą w pomieszczeniu, bo dla Pań to zbyt duży problem wyjść z nimi chociaż do ogrodu przy budynku.

Trochę w ramach buntu wychodząc ze żłobka po 15:00, zwykle lądujemy na min. 30 minut ... w ogrodzie przy żłobku, co nie pozostaje niezauważone przez pozostałe dzieci i panie. Dopiero po przetestowaniu zjeżdżalni w grupie starszaków, ruszamy na podbój reszty dzielnicy.



wtorek, 28 października 2014

Żarłoczne Pącze, ja siam i ja koniecznie z bratem

Zachodzi u nas ostatnio dziwna zależność - Pączki tracą na wadze i wyciągają się w górę, jednocześnie pochłaniając niewyobrażalne ilości jedzenia. Może odkryli sekret na miarę Św. Graala - idealna dieta polegająca na pałaszowaniu wszystkiego w dowolnych ilościach. Po powrocie ze żłobka ( czyli po śniadaniu, II śniadaniu, obiadku i podwieczorku - wszystko w 7 godzin!), prawie rzucają się na wszystko, co tylko zaserwuje mama. Brak faworytów i gustów - nie liczy się jakoś a ilość na talerzu ( i częstotliwość serwowania ;) Chwilami zastanawiamy się, czy w żłobku jedzonko znajduje się jedynie na rozpisce na ścianie?!, czy dzieci jednak dostają je w realu?! ;) a może to tylko moje dzieci są takie żarłoczne ostatnio? ;)



Żarłoczne Pącze wykazują w ostatnich tygodniach wiele innych sprzeczności. M.in. jednocześnie wszystko chcą robić samodzielnie - "jeść ja swoją łyżką a nie mamy!" ( w wolnym tłumaczeniu na polski bo w oryginale "aaaaaaaaaauuuaaaa"), "ubrać spodnie ja sam!" ( dosł. "jaaaaaaaaaaaaaaaa, daj daj daj daj!"), "pić z dużej szklanki Olo chce! (dosł. "jaaaaaaaaaaaaaaaaaa"), "Fifi sam wejdzie po schodach na III piętro" ("jaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa"). Z drugiej strony ich poczucie samodzielności i indywidualności idzie w zapomnienie, zawsze gdy próbuje się ich rozdzielić. Oluś ma w żłobku zajęcia z fizjoterapeutą, więc na wycieczkę do pani zabiera zawsze brata. Fifi na spacer do logopedy ciągnie za sobą Olafka, w końcu w jego ocenie brat też słabo się komunikuje ze światem. Są wręcz nierozłączni. Nawet na karnym jeżu ( dosł. karnej podłodze) zawsze odpokutowują w zestawie Olo+Fifi. Jeden siedzi za karę, drugi natomiast dla towarzystwa. W żłobku panie specjalnie dla nich prowadzają dzieci w parach do toalety, do umywalni itd. Braciaki nie dają się rozdzielić. W sytuacji, gdy Olo został półtorej godziny wcześniej odebrany przez babcię (wizyta u lekarza), Filipek cały ten czas przesiedział płacząc pod drzwami. Jego brat natomiast musiał być siłą wyniesiony z budynku bez brata, mimo głośnego wrzasku, że jeszcze Fifiego babcia zapomniała.

Wcześniej pytana o to, czy bliźniaki zawsze są nierozłączne, byłam w stanie podać wiele przykładów, w których chłopcy przebywali osobno bez płaczu - wizyty Filipka u fizjoterapeutki 2 razy w tygodniu przez kilka miesięcy, wycieczki Olafka z mamą na zakupy, czy na hufcowe zebranie. Teraz jak widzicie sytuacja ma się zgoła inaczej. Mimo, że Olafek częściej ma powodów, aby urwać się ze żłobka (gorączka, biegunka itp), odebrać trzeba niestety oba egzemplarze i podwójnie prosić babcię o podwójne wsparcie.

Z takim "zimnym elbląskim" ;)



Ps. cicho u nas bo gorączka była, potem biegunka, potem katar a potem kaszel i tak minęły nam trzy tygodnie. 4-5 godzin snu na dobę, zwalały nas z nóg o 21:00, bez sił na blogowanie. Cudem pączkowy tata opuścił dopiero 1 dzień w pracy, mama też aż 1 w ciągu 4 miesięcy w nowym corpo świecie. Babcia niestety opuściła już pewnie z tydzień ze swojego prywatnego życia. 

z wujkiem Marcinem jeszcze przed fryzjerem 





poniedziałek, 6 października 2014

Tatuny

Na początek cofnijmy się o jakieś 2 lata wstecz, kiedy to M. i T. z nadzieją wpatrywali się w ogromny monitor u ginekologa, zaciskając kciuki z nadzieją na Hanię i Julkę. Kiedy już po 2 minutach Hania na 100% okazała się Olafem a Julka na 70% Filipkiem - wszystko automatycznie stało się jasne. Mama będzie miała przerąbane. Do końca życia nie zwycięży w żadnym domowym głosowaniu. I mimo, że jak się mówi - nadzieja zawsze umiera ostatnia - nawet trzymanie kciuków podczas ostatecznego rozwiązania, nie odmieniło już losu zapisanego w gwiazdach. Mama została rodzynkiem, lub rodzynką technicznie rzecz biorąc.

Co prawda pierwszy rok życia Pączków został praktycznie zmonopolizowany przez rządy mamy, ale praktycznie zaraz potem zainaugurowany został "czas taty". Mężczyźni pobyli razem 2 wakacyjne miesiące i zintegrowani na całego, zaczęli na każdym kroku trzymać sztamę. Tata wracający do domu, jest witany okrzykami radości i wiwatami. Tatę wychodzącego do pracy żegnają zawodzenia i płacze. Tata jest generalnie najważniejszy :) A mama dzięki temu (nieco zazdrosna) może w końcu trochę odpocząć i częściej wyrwać się gdzieś z koleżankami. 

Wieczory u Tatusia są wyjątkowe


Tatuny przebywając sporo ze swoim Stwórcą, zaczynają przejmować jego nawyki i gusta. Filipek wykazuje coraz większą miłość do piłki i kopania wszystkiego co jest obłe, okrągłe, lub co da się kopnąć małą prawą nóżką. Razem z Olafem kipią też energią (co mają zdecydowanie po tacie, bo mama to raczej miłośnik romansu i wygodnego fotela). Żeby efekty erupcji energii nie były widoczne na ścianach i domowych sprzętach, mama z tatą dwoją się i troją w wymyślaniu energetycznych wyzwalaczy. W ruch idzie nie tylko piłka, ale też wszelkie wyścigi, ganiacze, biegi z przeszkodami, a od dziś jeszcze... hulajnogi. Ci prawda zamierzaliśmy je zakupić wiosną, ale jedna niespodziewanie spadła nam w prezencie od ciociobabci. Drugą, mama zmęczona bitwą o nową zabawkę, pojechała na sygnale kupić najszybciej jak się dało. Po instalacji oświetlenia niezbędnego w hulajnogach zimą, oba sprzęty świecące i migające śmigają obciążone uśmiechniętymi Pączkami :) Tyyyyyle radości dla całej czwórki: tatunów, taty i rodzynki ;)

Olafkowa hulajnoga po tuningu, wzbogacona o niezbędne oświetlenie ledowe 

Filipkowa hulajnoga oryginalnie ma świecącego koguta z tyłu






niedziela, 28 września 2014

Pączkiwalking :)

Tytuł posta wynika z kilku skojarzeń na raz, ale najbardziej ma odnosić się do rodzinnego wszędobylstwa i ciągłej potrzeby przemieszczania się. Nie tylko Pączki nie są w stanie usiedzieć w miejscu, ale my również, co w ostatnich dniach lata i na początku jesienie szczególnie daje się zauważyć. Ciężko jest nas złapać w domu jeśli się wcześniej nie "zapowie" na wizytę. (Praktycznie graniczy to z cudem, aby nas zaskoczyć w domu popołudniu a tym bardziej w weekend). 

Zaczynam się obawiać, czy to nie ma wpływu na stwierdzaną przez nas ostatnio nadpobudliwość naszych synów? W końcu w ciąży zrobiłam chyba setki km najpierw po mieście spacerując do nocy, a potem po szpitalnych korytarzach (kapcie zdarłam w miesiąc wyobraźcie sobie). Jak chłopcy mają być spokojniejsi i wolniejsi, gdy ciągle ich pobudzamy do aktywności, do poznawania świata w ekstremalnym tempie? Wielu ich rówieśników zna zaledwie najbliższą okolicę - osiedle, dzielnicę. Pączki natomiast w swoim półtorarocznym żywocie zwiedziły już Trójmiasto wzdłuż i wszerz, Iławę, Ostródę, Mierzeję, Mazury, Frombork, Kraków, Zakopane itd. Przejechali autem Polskę od góry do samego dołu i samolotem dotarły prawie na koniec Europy. Chyba są zarażeni owsikami w d... jak to się mówi. Od mamy i taty :) Myślę, że "świat to dla nich za mało" ;) w końcu to dwóch takich co ukradną księżyc :P

Podwieźć Cię gdzieś śliczna Blondi? (Milenka gościnnie na blogu ;)

A tu dosłownie "Pączkiwalking" - bo można chodzić po plaży z kijkami, a można z Pączkami :)


poniedziałek, 15 września 2014

Sto lat sto lat! - czyli wszystkiego najlepszego z okazji 18-nastki

Sto lat sto lat niech żyją Pączki nam! i wszyscy hurem! Sto lat sto lat!;)

Dokładnie 18 miesięcy temu na świat przyszedł najpierw Olafek, a dwie minuty później o kilogram mniejszy Filipek. Ku radości mamusi i tatusia urodzili się w pełni zdrowi, głośni, silni i głodni :) I tak już pozostało do dziś, z akcentem na strasznie głodni i okropnie głośni:) Urośli od tego dnia ponad czterokrotnie (wagowo), zwiększyli swój zasięg rażenia (i skalę zniszczenia) chyba z tysiąckrotnie, ale jednocześnie dostarczyli nam z milion drobnych i większych powodów do radości. 

Jakie są te Pączki w swoją 18-nastkę?

  • wiecznie nienajedzone - ale o tym tylko pokrótce - pochłoną każde ilości wszystkiego co jadalne i niejadalne. Gustują w papierze, błocie, piasku, kremach i... parówkach Berlinkach. Na dźwięk reklamy swoich ukochanych parówek przybiegają przed tv i wpatrują się ze śmiechem i gestykulacją.
Olo lubi kiełbę z ogniska, jak na małego harcerza przystało, Fifi jest fanem ogniskowej musztardy z gorczycą ( o dziwo bez skutków ubocznych)

  • nadal niestety mało komunikatywne - Filip do wyrażenia swojej królewskiej woli wykorzystuje przeważnie piskliwy wrzask i jęk, choć potrafi też powiedzieć mama, tata, baba, tak, nie i ...OLAF (brzmi to jak OŁA, ale zdecydowanie chodzi mu o brata). Olaf mówi wyraźniej i głośniej, ale też zasób jego słów mieści się w liczbie 6 - mama, tata, baba, dziadzia, tak, nie. Reszta to jakiś ich własny język, który nawet nam jest ciężko zrozumieć.
  • ruchliwe jak nieco większe atomy - dosłownie wszędzie ich pełno i o dziwo przeważnie rozrabiają tuż na naszych oczach, a nie w ukryciu jak większość dzieci. Wcale się nie krępują tym, że mama patrzy i nie pozwala i grozi palcem. Generalnie, gdy chcą zbroić to traktują nas/mnie jak powietrze. 
Piłkolubny Fifol i jego utalentowana prawa nóżka. Olaf i nietypowy sposób jazdy na rowerze.
  • wciąż niewystarczająco duże żeby przesypiać całe noce - próby przekupienia Pączy wodą, piciem lub samym uściskiem mamy lub taty spęłzły na niczym. Budzą się między 01:00 a 4:00 z potwornym rykiem na mleko. I generalnie bez 180 ml mleka nie podchodź!Grozi rykiem, wrzaskiem i ciężkim pogryzieniem, a już na pewno obudzeniem brata i rykiem w wersji double serround. Tak więc mama i tata potulnie na dźwięki dochodzące z pokoju obok, reagują wstaniem bez dyskusji i pośpiesznym uruchomieniem procesu wytwórstwa mleczka. 
  • raczej negatywnie nastawione do procesu żłobkowej socjalizacji - zdecydowanie nie socjalizują się z paniami wychowawczyniami, nie ułatwiając im zadania polegającego na przetrwaniu do 17 i do zakończenia pracy. Od drugiego dnia w żłobku Filip oceniany jest jako wrzaskliwy (wwierca się w mózg) i wymagający indywidualnej opieki przez jedną z 5 pań (na 32 dzieci!). Olo za to jak na razie nie zamierza w żłobku dać nikomu odsapnąć i oficjalnie spać nie będzie i już ;)
  • są też bardzo kochane i słodkie jeśli tylko akurat nie wspinają się po meblach pod żyrandol, ani nikomu nie spuszczają manta. (Tak tak są strasznie butni, mściwi i waleczni).
Olaf 

Filip

Co lubią?

  • Fifi ubóstwia samochody, traktory i ciufcie - wszystko czym można jeździć i udawać dźwięki typu "brum brum". Jest też fanem grania w piłkę i super mu to wychodzi jak na takiego malucha (talent ma chyba po mamie ;) ). Olo lubi pacynki, książki i klocki, choć najbardziej na świecie uwielbia się wspinać, podciągać i opuszczać na dół z krzeseł, stołów i innych mebli.
  • Jeść lubią wszystko - z głodu nie umrą, bo jedzenie znajdą wszędzie. Chętnie jedzą warzywa ( marchewki!) i owoce (maliny, jeżyny, winogrona i.. kwaśne porzeczki prosto z krzaka). 
  • jeśli chodzi o ich "ludzkich" faworytów to obaj ubóstwiają swojego tatę, wieszają się na mamie i aż świszczą z radości na widok babci. 
Czego nie tolerują?

  • kapuśniaka nie tkną, leków podawanych strzykawką bez użycia siły nie przyjmą mimo próśb i nie przepadają za byciem dotykanymi przez obcych. Tolerują towarzystwo kompletnie nieznajomych, byleby bez zbędnego kontaktu dotykowego. 


PS. zdjęcia made by ciocia Paul w trakcie rowerowego ognicha w Bażantarni. 

środa, 3 września 2014

Szabrownicy

Uwaga uwaga na terenie Elbląga i okolic grasują szabrownicy! Pojawiają się znienacka, ogałacając wszystkie drzewa i krzewy z owoców. W ich zasięgu znajdzie się wszystko na wysokości do 1,5 metra od ziemi, należy więc chronić swoje działki np. poprzez przygotowanie odpowiedniej ilości łakoci zastępczych - domowych ciast, żelek, owoców kupnych itp. W takim przypadku istnieje nikła szansa, że wasze plony  i piękne równe grządki zostaną oszczędzone. 

Knują coś i kalkulują ;)

Fifi: "Zobacz Olo jakieś porzeczki jeszcze znalazłem!"

Fifi:"Ojej..ups"   Olo: "Ej ja się tu schowałem! Znajdź inną kryjówkę"

Berek!

Wujek Marcin zamiast siłowni pakuje Pączki ;)  a Olo opiekuje się zszabrowanymi jeżynami :)

ps. jutro żłobek dzień czwarty, a Olo dziś gorączka 38,1 :( czyżby to już?!?